FRAGMENT KSIĄŻKI

Przygodownik warszawski

Jan Mencwel 5 MIN CZYTANIA

Zamiast wstępu: Pani Irena

Od pierwszego wykonania tego utworu minęło już ponad siedemdziesiąt lat. Od tego czasu na świecie zmieniło się prawie wszystko, oprócz dwóch rzeczy. Po pierwsze, wspaniała pani Irena nadal regularnie spaceruje ulicami naszego miasta. A po drugie, Warszawa wciąż czeka na was ze zdumieniami, olśnieniami i z przygodą. Czeka niezależnie od tego, czy mieszkacie tu od urodzenia i wydaje wam się, że to miasto niczym już was nie zaskoczy, czy może wciąż czujecie się tu obco, chcecie poznać Warszawę lepiej i jakoś ją oswoić.

Do przeżycia przygody potrzeba właściwie tylko dwóch rzeczy: nóg i głowy. Aha, czasami przydaje się też mapa. O mapie jeszcze porozmawiamy, zacznijmy od nóg i głowy. Moim zdaniem nogi są ciekawsze, bo rzadziej się nad nimi zastanawiamy. Niesłusznie! Świat byłby lepszym miejscem, gdybyśmy tyle uwagi co głowie poświęcali nogom. Co jest w nich takiego intrygującego? Powinienem pewnie zacząć od zdrowia, bo zdrowie najważniejsze. Ale wolę zacząć od próby opisania stanu, który wywołuje we mnie – ale wierzę, że to uniwersalne odczucie – każda dłuższa piesza wycieczka. „Dłuższa”, czyli taka, podczas której przejdę wyraźnie więcej, niż standardowa liczba kroków każdego dnia. W moim przypadku ten stan zaczyna się po przekroczeniu progu dziesięciu kilometrów, ale to sprawa bardzo indywidualna.

Po polsku nie ma na ten stan dobrego określenia, a szkoda. Japończycy mają określenie shinrin-yoku, które oznacza „napawanie się atmosferą lasu”. Norwegowie dla odmiany mają coś takiego jak allemannsretten – jedno słowo, które opisuje prawo człowieka do nieskrępowanej niczym wędrówki w przyrodzie. A my, Polacy, niby nie gęsi, a nie wiemy, jak opisać jednym słowem uczucie, gdy po długiej wycieczce pieszej wracamy do domu z nieco czerwonymi policzkami, mocno dotlenieni, zdrowo zmęczeni, lekko śpiący, wypełnieni widokami, pożywieni kanapkami i jajkiem na twardo, opici herbatką z termosu, błodzy, nachapani i napawani. „Napawanie” – może to jest to słowo? Da się wymyślić lepsze, ale zostańmy na razie przy nim. Zwłaszcza że kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych napisów znanych z warszawskich ulic: „szyny po napawaniu”.

Stan, który opisuję, może przywodzić na myśl ten znany z długich wycieczek górskich. Twierdzę jednak, że góry wcale nie są potrzebne, aby stan „napawania” osiągnąć. Wszystko rozgrywa się w nogach i w głowie. Chodzenie jest czynnością tak zbawienną dla naszego samopoczucia, że można by na ten temat napisać oddzielną książkę. Zresztą już ją napisano, więc po co powtarzać? Zrobił to Peter Walker (nomen omen), a książka nazywa się Ruch – cudowne lekarstwo. W oryginale jej tytuł brzmi The Miracle Pill i właśnie tak próbuje przedstawić ruch jej autor: jako pigułkę, po której zażyciu, a najlepiej regularnym zażywaniu, w naszych ciałach, umysłach i duszach dzieją się cuda.

Według Walkera i cytowanych przez niego naukowców poruszanie się pieszo pomaga nam chronić się przed depresją i innymi chorobami psychicznymi, być bardziej otwartymi, mniej się bać, lepiej rozwiązywać problemy, być bardziej uważnymi, lepiej zapamiętywać… Mam wymieniać dalej? Przy okazji lektury książki Walkera przypomniałem sobie o istnieniu części mózgu zwanej istotą szarą. To ten element, który odpowiada za przetwarzanie informacji, kontrolę mięśni i zmysły. Podczas chodzenia nasza istota szara jest mocno stymulowana, bo mięśnie wysyłają do niej impulsy. Więc jeśli brakuje nam motywacji, żeby wyjść z domu na spacer, bo pogoda, bo praca, bo to i tamto, to pomyślmy, że możemy w ten sposób rozmasować swoją istotę szarą. U mnie działa.

Do przeżycia przygody potrzeba właściwie tylko dwóch rzeczy: nóg i głowy. Aha, czasami przydaje się też mapa.
— Jan Mencwel
Przygodownik warszawski
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Przygodownik warszawski
Jan Mencwel
59,90 zł 69,90 zł
Przygodownik warszawski 59,90 zł 69,90 zł