Czekam na ścianę, bo terapia ma nas przygotować na kryzys, na moment, kiedy gówno wpadnie w wentylator. Ten moment, słynna ściana, przychodzi do mnie jakoś zaraz po trzech miesiącach trzeźwości. Jest słoneczny zimowy poranek. Wsiadam do samochodu i ruszam do pracy, ale choroba łapie mnie za gardło, zanim zdążę wyjechać z parkingu. Nagle czuję się, jakbym nigdy nie przestał pić. Myślenie zawęża się do punktu na końcu czarnego tunelu, a na jego końcu lśni osiem mocnych piw, zero siedem bourbona i owocowe skittlesy, najlepsze na alkoholowy chuch. Staje się całkowicie jasne, że nie jadę dzisiaj do pracy. Jadę do Hindusa, do mojej ulubionej likierni, a potem na osiedle obok. Tam zaparkuję na swoim stałym miejscu, obok przyczepy, gdzie nikt mnie nie zobaczy. Otworzę puszkę mocnego piwa i wypiję ją duszkiem. Potem dwa łyki bourbona zapite piwem z drugiej puszki, już na spokojnie. Dokończę browara i zadzwonię do kogoś, bo na trzeźwo jestem drętwy, ale pod humorkiem lubię sobie pogadać, powspominać stare dobre czasy. Potem się zobaczy, bo potem nie ma znaczenia, liczy się tylko ulga. Chcę się napić i pozbyć tego ohydnego napięcia, które rozsadza mnie od środka, tego pierdolonego ucisku w mostku.
Miesiąc po zakończeniu terapii umiera Mariusz. Najpierw zapija, a potem umiera.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Nie wiem, w jaki sposób, ale nadludzkim wysiłkiem podejmuję decyzję, żeby wjechać na autostradę. Patrzę na zegarek, jest cztery po siódmej. Daj sobie czas, mówi głos za uchem. Napiję się za pięć minut, o siódmej dziewięć pojadę do Hindusa, ale ani sekundy wcześniej. Tego nauczyli mnie na terapii. Chlać mi się chce jak psu szczekać, ale właśnie kupiłem sobie pięć minut trzeźwości. Pięć minut życia. Co dalej? Naciskam gaz, mój stary Jeep zrywa się, a ja chłonę jego moc. Głód nie maleje, ale choroba w mojej głowie nagle zgłupiała, zupełnie nie wie, co się dzieje. Dotychczas mówiła „skacz”, a ja karnie pytałem „jak wysoko?”. Muszę działać, tego też nauczyłem się na terapii. Wybieram numer Pawła, ale nie odbiera. Aśka też nie. Dodzwaniam się do Wojtka. Stary, chce mi się chlać jak skurwysyn, mówię. Nie wyrobię. Rozmawiamy przez trzy kwadranse. Kiedy dojeżdżam do pracy, po ścianie i głodzie pozostaje tylko cień, blady powidok niepokoju. Mój klient, zwalisty czarny facet, otwiera drzwi, przygląda mi się, po czym ni z gruchy, ni z pietruchy pyta, czy znam modlitwę o pogodę ducha. I że jest trzeźwy od siedmiu lat, jakbym chciał pogadać. Nie wiem, skąd on wie, ale wiem, że nie ma przypadków.
Na którejś grupie terapeuta Krzysiek patrzy na nas i mówi, że statystycznie za rok jeden z nas będzie już w ziemi, jeden pozostanie trzeźwy, a reszta będzie pić albo ćpać. Po cichu przysięgam sobie, że tym trzeźwym będę ja. Miesiąc po zakończeniu terapii umiera Mariusz. Najpierw zapija, a potem umiera. Kobieta, u której wynajmuje pokój, znajduje go sztywnego w łóżku. Wylew. Niedługo potem dzwoni do mnie Cinek i chce pożyczyć pieniądze. W jego głosie słyszę kłamstwo. Mówię, że nie pożyczę, bo przećpa, ale mogę zawieźć go na detoks. Rozłącza się i już nigdy do mnie nie zadzwoni.